Friday, 24 November 2017

Chapter 4: Comebacks

„Moja przeszłość została wymazana, sprana do nieskazitelnej bieli. Przyszłość można jednak zbudować z czegokolwiek, z niczego. Wystarczy jakiś odłamek czy impuls. Wystarczy pragnienie by iść dalej, powoli: najpierw jedna noga, potem druga”.
~Lauren Olivier „Pandemonium”

Sześć miesięcy później…

Stojąc na lotnisku przy taśmie bagażowej, energicznie pocierała ramiona dłońmi starając się trochę rozgrzać. Jej ciało przeżywało właśnie coś na kształt szoku termicznego, dlatego z niecierpliwością wypatrywała swojego sfatygowanego plecaka. Nie pamiętała już, kiedy ostatni raz miała na sobie coś więcej niż letnią przewiewną koszulkę. Chciała jak najszybciej się stąd wydostać i trafić do swojego mieszkania, gdzie od razu planowała zanurkować do łóżka, pod ciepłą puchową kołdrę i nie wychodzić spod niej przez co najmniej dwadzieścia cztery godziny. 
Jet lag to suka, powtarzała to niejednokrotnie.
Kątem oka dostrzegła wyłaniającą się zza zakrętu militarną zieleń swojego bagażu. Z poczuciem ulgi i radości podeszła do taśmy, jednak zdjęcie tej przeklętej torby nie było wcale takie łatwe. Zmęczenie dawało o sobie znać, a plecak z każdym kolejnym odwiedzanym miejscem stawał się cięższy. Obecnie ważył z dobre dziesięć kilo więcej niż w momencie, kiedy rozpoczynała swoją podróżniczą przygodę. Przeklinała w myślach swoją głupotę i słabość. Osobiście nienawidziła zbieranie gratów, wystarczyły jej zdjęcia i wspomnienia, ale obiecała Sasoriemu, że przywiezie mu coś z każdego zakątka, w którym będzie i ma teraz za swoje. Z głośnym westchnieniem zaparła się nogami o brzeg maszyny i z całej siły szarpnęła za uchwyt bagażu. Odgłos pękających szwów poprzedził spotkanie jej tyłka z zimnymi płytkami, którymi wyłożono lotnisko. Przeklinając pod nosem, zaczęła podnosić się z posadzki. 
— Pomogę ci. — Sakura spojrzała zaskoczona na poznanego w Bangkoku mężczyznę. Nim zdążyła zaprotestować Itachi jednym szybkim ruchem postawił ją do pionu, a zaraz potem chwycił za jej monstrualny plecak i bez najmniejszego problemu ściągnął go z karuzeli, jakby ten kompletnie nic nie ważył. 
Właśnie sprawił, że poczuła się jak największa fajtłapa i idiotka.
Nie ma jak w domu, rzuciła do siebie w myślach, wściekła na własną nieporadność. Po czym wziąwszy głębszy wdech, spojrzała na niego. Nie rozumiała, dlaczego zmiana czasu i cholernie długi lot nie miały na niego żadnego wpływu. Jego twarz była wypoczęta, garnitur nienaganny, a oczy iskrzyły się wesołością. Wyglądał jakby dopiero wyszykował się do wyjścia, kiedy ona sama prezentowała się jakby ją ktoś przeżuł i wypluł. Wymięte spodnie od dresu, byle jak związane włosy, sińce pod oczami i blada cera. Zastanawiała się jak to się stało, że w ogóle zwrócił na nią uwagę na tamtym lotnisku, skoro przez większość czasu wyglądała jak siedem nieszczęść.
— Odbiera cię rodzina? — zapytał biznesman jednocześnie umieszczając jej plecak na swoim wózku. Nie oponowała. Po sześciu miesiącach podróży, miała dość tachania tego „kilofa”, nie żeby miała jeszcze siłę to robić.
— Przyjaciel — odparła z szerokim uśmiechem, na samo wspomnienie Sasoriego i jego rudej czupryny. Już nie mogła się doczekać, kiedy go zobaczy. Stęskniła się za nim. Nie ważne, że rozmawiali ze sobą praktycznie codziennie. Spotkanie w realu jest zdecydowanie sto razy lepsze niż kilka zdawkowych zdań zamienionych za pośrednictwem Skypa. Ale kiedy człowiek znajduje się na drugim końcu świata, nawet taki kontakt jest o niebo lepszy niż jego brak. – A Ty z kim wracasz?
— Chyba jesteś już na tyle dorosła, żeby nazywać rzeczy po imieniu, ale jeśli wolisz w ten sposób to twój wybór — rzucił puszczając do niej oczko — A odpowiadając na twoje pytanie, odbiera mnie brat.
Sakura wybuchła gromkim śmiechem. Wizja jej i Sasoriego jako pary była tak absurdalna, że nie zdołała się powstrzymać. 
— To tylko przyjaciel, nic więcej, naprawdę — odparła, kiedy udało jej się uspokoić. 
Ona i Sasori nigdy nie mieli prawa bytu jako para. Była dla niego jak siostra, a on dla niej jak brat. Taki układ idealnie im odpowiadał.
— Jaaasne, tak sobie tłumacz — skomentował, kierując się z ich bagażami do wyjścia.
— Wierz w co chcesz — odpowiedziała kręcąc głową i ruszyła w ślad za nim. Jak na biznesmena miał bardzo swobodny sposób bycia. Lubił żartować, a z jego twarzy właściwie w ogóle nie znikał uśmiech. Poznała go w Bangkoku, kiedy wspólnie czekali w jednej z kafeterii aż warunki pogodowe polepszą się na tyle, by wznowiono loty. Pijąc kawę i zajadając się nieziemskim czekoladowym brownie, słuchała jego opowieści o młodszym bracie, którego głównym celem jest odzyskanie miana najlepszej marki na świecie oraz córce, która ma więcej energii niż reaktor jądrowy i jest jego oczkiem w głowie. Rozleniwiona i rozbawiona jego słowami odruchowo zapytała go o żonę. Nie zdawała sobie sprawy, że w ten sposób popełnia niemałą gafę. Itachi nie czyniąc jej wyrzutów ze spokojem poinformował ją, że jego żona zmarła pięć lat temu na raka piersi. Nie wiedziała jak powinna na to zareagować, brakowało jej słów. Sama zbyt dobrze znała ten rodzaj bólu, który niesie ze sobą utrata ukochanej osoby. Nawet po tylu latach, musiała walczyć ze sobą by powstrzymać łzy na wspomnienie własnej matki.
Dźwięk otwierających się automatycznie drzwi sprowadził ją na ziemie. Znajdując się już w hali przylotów, czym prędzej zaczęła się rozglądać na boki w poszukiwaniu swojego przyjaciela. Ilość ludzi oczekujących na swoich bliskich była większa niż się spodziewała. Niektórzy dzierżyli nawet wielkie, ręcznie wykonane transparenty z powitalnymi hasłami i imionami swoich bliskich, przyjaciół, partnerów biznesowych. Jednak wśród tego rozentuzjazmowanego tłumu nie dostrzegała rudej czupryny Sasoriego.
Powinien już tutaj być, przebiegło jej przez myśl, a ciało zaczęła ogarniać lekka panika.
Widząc jej skonfundowaną minę, Itachi ułożył dłoń na jej ramieniu.
— Nie ma go jeszcze?
— Jest przed piątą, więc pewnie utknął w korkach. — Nie wiedziała, kogo chce bardziej przekonać, siebie czy jego. Będąc jeszcze w Bangkoku, cały czas kontaktowała się z Sasorim, upewniając się, że po nią przyjedzie. Przysiągł jej, że będzie na nią czekał. Nie było mowy, by ją wystawił. Nie on.
— Jeśli chcesz to możesz się z nami zabrać. To nie problem. Oczywiście, jeśli uda mi się znaleźć brata — dodał, starając się wypatrzyć w tłumie znajomą twarz. 
— Nie trzeba, znając Sasoriego, to… 
— Landryna! 
Na dźwięk tak dawno nie słyszanego przezwiska, momentalnie poczuła ulgę i radość. Śmiejąc się zaczęła rozglądać się za przyjacielem, kiedy tylko go dostrzegła kąciki jej ust uniosły się jeszcze wyżej, a ona sama ruszyła biegiem w jego stronę. Przez cały ten czas, który spędziła poza krajem, wciąż odtwarzała w pamięci ich wspólne wygłupy w pracy. I tylko dzięki temu udało jej się przetrwać gorsze dni i kontynuować wyprawę. 
Jej mała eskapada była kwintesencją jej wszystkich marzeń, a jednocześnie największą próbą przed jaką kiedykolwiek stanęła. 
— Koszmarne korki! Zima jest do bani! — Zaczął zrzędzić, lecz przerwał momentalnie, kiedy wpadła na niego z impetem. Otoczył ją mocno ramionami i podniósł do góry niczym dziecko. — Landryna wreszcie wróciła! – krzyknął głośno z szerokim uśmiechem — Normalnie masz moje słowo, że przez równy miesiąc będę Ci codziennie przynosił do pracy gorącą kawę z podwójną pianką, tylko więcej już nie wyjeżdżaj! Albo po prostu zabierz mnie ze sobą! Bez ciebie było cholernie nudno! – powiedział przyciągając ją mocno do siebie. Po chwili odsunął ją odrobinę i z szerokim uśmiechem dodał — Homura i zarząd są zachwyceni! Możesz być z siebie dumna.
Właśnie te kilka słów pragnęła usłyszeć po powrocie. Zaczęła piszczeć z radości. Miała gdzieś co pomyślą sobie o niej ludzie, w tej chwili czuła się szczęśliwa, spełniona i doceniona. Wprost rozpierała ją energia. Z czystym sumieniem, mogła powiedzieć cichemu głosikowi, który pojawiał się w jej głowie i kazał wątpić w to, że podoła, żeby się walił. Była tak ogłupiała z radości, że dopiero ciche chrząknięcie dochodzące z jej prawej strony, sprawiło, że oprzytomniała.
— Sasori to jest Itachi. Itachi to jest Sasori — odezwała się, kiedy przyjaciel wreszcie wypuścił ją ze swoich objęć. 
Akasuna przyjrzał się uważnie nowemu znajomemu Sakury z rezerwą, jednak mimo wszystko wyciągnął ku niemu rękę odzianą w rękawiczkę.  Wymienili kilka grzecznościowych zdań, po czym Sasorii dał jej delikatnie znać, że pora się zbierać.
— Miło było poznać i raz jeszcze dzięki za pyszną kawę i świetne towarzystwo – rzuciła z lekkim uśmiechem, po czym skierowała się z rudowłosym do wyjścia.
~***~

Za każdym razem, kiedy odbierał brata z lotniska trzymał się na uboczu, z dala od radosnego tłumu. Nienawidził przebywać wśród zbyt wielkiej ilości ludzi. Zresztą nie uśmiechało mu się zostać stratowanym przez biegnących do siebie członków rodzin. Od tej ich wylewności robiło mu się niedobrze. 
Zerknął na zegarek i zacisnął zęby sfrustrowany. Sterczał tutaj jak głupek od ładnych kilku godzin, bo lot został opóźniony z powodu złych warunków atmosferycznych. Jednak samolot wylądował pół godziny temu, a Itachiego jak nie było tak nie ma. Nie wiedział co zajmuje mu tak wiele czasu, skoro nie musiał czekać na odprawę, bo zawsze zabierał ze sobą tylko bagaż podręczny. Zniecierpliwiony znów zaczął skanować wzrokiem tłum ludzi wchodzących do hali przylotów.
Czując wibracje telefonu w dłoni, zerknął na wyświetlacz i uniósł go z zamiarem odebrania połączenie od Katsumi, jednak zamarł w bezruchu, kiedy kątem oka zauważył znajomą postać.
Z mieszanymi uczuciami wpatrywał się w brata, który w najlepsze ucinał sobie pogawędkę z kobietą, której nie spodziewał się tutaj zobaczyć. 
Wiedział, że miała wrócić jakoś na dniach, ale nie przypuszczał, że stanie się to właśnie dziś.
Zrobił dwa kroki w tył, nie odrywając od nich wzroku. Nie wiedział co Itachi kombinuje, ale lepiej dla niego, żeby go do tego nie mieszał. Patrząc na nich zrozumiał, że ona nie ma pojęcia z kim ma do czynienia. Była zbyt swobodna w jego towarzystwie.
Nagle jej twarz jeszcze bardziej się rozpromieniła, a ona wręcz rzuciła się w ramiona nowoprzybyłego mężczyzny. Sasuke od razu go rozpoznał. Facet ze zdjęć, przez które Suigetsu truje mu dupę od miesięcy. Zresztą nie tylko on.
Patrząc na nich z boku zaczął się zastanawiać nad tym, czy wśród tych wszystkich plotek nie znalazło się ziarenko prawdy.
Szybko jednak otrząsnął się z tych myśli, widząc jak Sakura oddala się ze swoim towarzyszem, a jego brat zmierza ku niemu niespiesznie. Nie dziwił go fakt, że wie gdzie go szukać. W końcu za każdym razem czeka na niego w tym samym miejscu.
— Fajne miałem towarzystwo w czasie podróży, prawda? – rzucił z kpiarskim uśmieszkiem starszy Uchiha.
— Ruszaj się, Katsumi się niecierpliwi — odparł Sasuke, ignorując komentarz brata i ruszając w stronę samochodu.
— Wypadało się chociaż przywitać, nie wyszedłbyś wtedy na dupka, wiesz? 
— Nawet mnie nie zauważyła, więc po co miałem się fatygować? — rzucił tylko przez ramię.
Itachi westchnął tylko z bezsilności. Dalsza dyskusja nie miała sensu. Jego brat potrafił być uparty i głupi jak osioł, dlatego nie odzywając się już ani słowem ruszył w ślad za nim.
~***~

Nigdy nie przypuszczała, że kilkukrotna zmiana strefy czasowej może być tak brzemienna w skutkach. Człowiek czuł się gorzej niż na kacu gigancie, ale za przyjemności trzeba było zapłacić, a przygody, które przeżyła zdecydowanie były warte chwilowej niedyspozycji. 
Bardziej naciągnęła na siebie ciepły koc, dziękując w duchu, że Sasori porozmawiał z Homurą za jej plecami i załatwił jej kilka dodatkowych dni urlopu. Nie wiedziała jak miałaby funkcjonować w pracy w takim stanie.  Była wyczerpana i jedyne czego chciała to spać, oglądać telewizję i opychać się niezdrowym żarciem. Kolejność była bez znaczenia. 
Dostrzegając czerń nocnego nieba za oknem, pokręciła głową z niedowierzaniem. Nie miała pojęcia, gdzie uciekł jej cały dzień. Mogła przysiąść, że zaledwie kilka minut temu obudziły ją promienie wschodzącego słońca wpadające przez dwa duże okna, a teraz, na tym samym niebie delikatnie migotają gwiazdy. Westchnęła ciężko. Przespała bite czterdzieści osiem godzin, a i tak nadal czuła się jak wrak człowieka. Pierwszy raz doświadczyła tak uciążliwego jet lagu. Miała nadzieję, że jej zegar biologiczny szybko się unormuje, bo chcąc nie chcąc musiała w końcu wrócić do pracy. 
Nie poruszyła się nawet o milimetr, słysząc brzdęk przekręcanego w zamku klucza. Jedyną osobą, która miała dostęp do jej mieszkania oprócz niej samej, był Sasori. Ktoś musiał mieć oko na jej klitkę, kiedy jej nie było w pobliżu i podlewać jej kwiatki, mniejsza z tym, że miała zaledwie dwa. 
— Przed chwilą zamówiłam pizzę! — krzyknęła do przyjaciela, nie odrywając wzroku od telewizora. 
Wiedziała, że przyjdzie do niej po pracy, żeby coś przekąsić i nadrobić zaległości. Nie przypuszczała jednak, że do tego czasu zdąży trzykrotnie zamówić jedzenie z pobliskiej knajpki. Jej żołądek był obecnie niczym studnia bez dna.
Cichy śmiech wydobył się z krtani Sasoriego. 
— Widzę, że stęskniłaś się za śmieciowym żarciem — parsknął wchodząc w głąb jej mieszkania, wzrokiem rejestrując leżące na podłodze plastikowe pudełka po frytkach, burgerach i pizzy, a także kilkanaście pustych puszek po Coca-Coli. — W końcu dopadnie cię karma i będziesz nosiła ciuchy w rozmiarze XXXL — dodał, kręcąc głową z niedowierzaniem. 
— Lepiej się zamknij, bo nie dostaniesz ani kawałka pizzy — burknęła pod nosem, zmuszając swoje ciało do zmiany pozycji. 
— Będę pod wrażeniem, jeśli któregoś dnia sama coś ugotujesz.
Słysząc to, Sakura zaniosła się głośnym śmiechem. 
— Jeśli chcesz wylądować w szpitalu z zatruciem pokarmowym, to mogę ci coś przygotować choćby zaraz — skwitowała zadziornie, obserwując jak jej przyjaciel z błogim uśmiechem rozsiada się wygodnie w głębokim, obitym zamszem fotelu, przypominającym tron. Nadal nie wierzyła, że zdobyła te mebel na pchlim targu i to za bezcen.
— Spasuję. Chciałbym jeszcze trochę pożyć.
Kobieta wystawiła mu język.
— Zostało ci jeszcze trochę zdrowego rozsądku — odparła rozradowana, klaskając w dłonie. Przynajmniej nie będzie musiała się zmagać z poczuciem winy, po jego śmierć, którą bez wątpienia wywołałaby przyrządzona przez nią potrawa. Co jak co, ale nie chciała otruć jedynego przyjaciela, jakiego obecnie miała. Splatając nogi ze sobą, oparła się wygodnie o duże poduszki kanapy i opatuliła się szczelniej kocem. W tej chwili nie potrzebowała właściwe niczego więcej do szczęścia. 
No może poza tą zamówioną pizzą.
— Spotkanie z zarządem jest jutro o 10’tej – rzucił niespodziewanie Sasori.
Cały spokój i dobry nastrój ulotnił się w mgnieniu oka, kiedy dotarło do niej, że za kilka godzin będzie musiała wrócić do rzeczywistości. Może i zrobiła pierwszy krok w stronę awansu zawodowego, ale przed nią jeszcze daleka droga.
— Nie masz się czym przejmować, Sakura. Już ci mówiłem, że Homura jest zachwycony. Udało ci się zrealizować cały plan, więc nie mogłoby być inaczej — zapewnił ją z szerokim uśmiechem. 
Patrząc na niego wróciła pamięcią do dnia sprzed ponad roku, kiedy siedząc przy fontannach na Trafalgar Square, popijając ciepłą kawę z kartonowych kubków, opowiadała mu o podróżach jakie chciałaby odbyć, a potem opisać. Nie zwracali wtedy uwagi na padający śnieg, krytyczne spojrzenia ludzi. Skupili się na tym, jak wcielić jej pomysły w życie.
Gdyby nie on, jego entuzjazm i wiara jaką w niej pokładał, pewnie do tej pory siedziałaby w nędznym biurze, poprawiając cudze teksty i marnując przy tym swój potencjał. Zawdzięczała mu tak wiele, że do końca życia nie spłaci długu jaki u niego zaciągnęła.
Potrząsnęła głową otrząsając się ze wspomnień. Teraz najważniejsze było jutro. Na myśl o jutrzejszym spotkaniu targały nią sprzeczne uczucia. Czuła jednocześnie ekscytację i lęk. Nie wiedziała czego ma się spodziewać. Nie miała pojęcia jak społeczeństwo odebrało jej wpisy. Tuż przed wyjazdem Sasori zablokował jej dostęp do portali społecznościowych. Mogła jedynie kontaktować się z resztą świata przez maile i Skype. 
Tłumaczył jej, że tak będzie lepiej, bo nic nie będzie jej rozpraszać. Miał całkowitą rację. Dzięki niemu ostatnie sześć miesięcy spędziła realizując swoje marzenia, robiąc to, na co miała ochotę, nie przejmując się opinią innych. Czuła się wolna i szczęśliwa.
Aż do teraz.
— Miałem ci tego nie pokazywać do jutra. Ale coś czuje, że jeśli tego nie zrobię ześwirujesz do końca. Patrz — Nim Sakura zdążyła zapytać o co mu chodzi, Sasori wyciągnął pięć ostatnich numerów Kalejdoskopu Świata i położył jej na kolanach. 
Sakura chwyciła zachłannie za magazyny. Z każdym kolejnym numerem informacje o jej reportażach były coraz bardziej widoczne, wręcz rozrastały się na okładce. Nie wspominając już o tym, że nawet jedno z jej zdjęć, jakie wykonała w Wietnamie wylądowało na okładce. Bez zastanowienia zrzuciła z siebie koc i rzuciła się Sasoriemu na szyję. 
Chciała skakać ze szczęścia. 
Chciała krzyczeć z radości. 
Nie potrafiła do końca uwierzyć w to, co widziały jej oczy. To było wręcz surrealistyczne. Sakura nigdy nawet nie marzyła, że znajdzie się na pierwszej stronie magazynu. Ciężka praca rzeczywiście popłaca. 
Sasori poluźnił delikatnie jej uchwyt na swojej szyi i niepewnie, zapytał: — Nie wściekasz się?  
Uniosła delikatnie brew, nie rozumiejąc czemu niby miałaby się złościć. Ludzie przekonali się na co ją stać. Zobaczyli jej prawdziwe oblicze. Ponad to odniosła mały sukces i to na własną rękę, pod własnym nazwiskiem. Czemu więc miałaby się wściekać?
Sakura jeszcze raz spojrzała na trzymany w ręku miesięcznik z jej podobizną na okładce. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że nie było to zdjęcie jakie wysyłała w raporcie do redakcji. To było prywatne zdjęcie jakie dostał od niej Sasori, gdy była w Wietnamie.
— Co tu robi to zdjęcie? — zapytała z rezerwą. 
— Pocieszę cię, jeśli ci powiem, że w jutrzejszym numerze na okładce znajduje się fotka, która otrzymała nagrodę za najlepszą fotografię tego roku i należy do jakiegoś amerykańca? — Sasori sprawnie wyswobodził się z jej objęć i zrobił niepewny krok w tył.
— Odpowiadaj na pytanie do cholery — rzuciła przez zęby, mierząc go wściekłym spojrzeniem.
— To była decyzja Homury — powiedział na swoją obronę Sasori. — I Ino. — mimo, iż imię kobiety wypowiedział szeptem, wyraźnie go usłyszała. 
Mogła się spodziewać, że wraz z pojawieniem się nowego speca od Public Relations, sprawy się skomplikują. Miała złe przeczucia, kiedy podczas rozmowy z naczelnym Ino poparła jej pomysł. Wiedziała, że miała w tym swój cel i nie bez powodu naciskała na to, by relacje z jej podróży znalazły się także w social media. Długo się temu sprzeciwiała, wiedziała, że szanse na to, że ktoś powiąże jej osobę z Sasuke, były niewielkie, ale zawsze było jakieś ryzyko, a ona chciała sama zapracować na swój sukces. Ostatecznie jednak przegrała tę walkę i musiała przystać na zamieszanie w sieci choćby kilku zdań z każdej podróży. Wtedy nie domyślała się jednak, dlaczego Ino tak bardzo na tym zależało.
— Ona wie kim byłam, prawda? — Sakura z rezygnacją opadła z powrotem na kanapę.
Skrępowany uśmieszek na twarzy Sasoriego, tylko potwierdził jej obawy. 
W tej chwili dziękowała przyjacielowi, za to, że częściowo zablokował jej dostępu do portali społecznościowych przed rozpoczęciem jej eskapady. To było najlepszych sześć miesięcy jej życia. Sześć miesięcy w podroży. Sześć miesięcy bez social media. Sześć miesięcy bez martwienia się o to jakie brednie ukazały się na jej temat. 
— Powiedz, że nie rozdmuchała tej sprawy, błagam. — Rozumiała logikę PR’owca. Nie było lepszej reklamy dla gazety, niż to, że ich dziennikarka była kiedyś partnerką Sasuke Uchiha. 
— Chciałbym.
Momentalnie zaschło jej w gardle. Tego zupełnie się nie spodziewała.
— Powiedz, że żartujesz. — Nie krzyczała; była zbyt zszokowana by się unieść. 
Patrzyła na niego wielkimi oczami. Cokolwiek Ino wymyśliła, miała nadzieję, że nie została zdemaskowana. 
Jedyną rzeczą, która trzymała ją przy zdrowych zmysłach, była myśl, że podczas jej nieobecności Sasuke na pewno znalazł sobie nową partnerkę i  to na nich media skupiły swoją uwagę, a ona jako jego ex poszła w niepamięć.
Marzenie ściętej głowy, pomyślała widząc nietęgą minę Siugetsu.
— Mów – szepnęła, przygotowując się na najgorsze.
Musiała poznać szczegóły, żeby wiedzieć jak ma się jutro zachować. Wiedziała, że nie popuści Ino, zwłaszcza, że wykorzystała jej wizerunek bez jej zgody
Sasori pomału zaczął opowiadać jej jak to pewnego dnia Ino wpadła do jego gabinetu, kiedy zaśmiewał się z resztą redakcyjnej ekipy z jednego z jej filmików. Ino nie musiała robić dużo. Wystarczyło, że wspomniała o tym redaktorowi naczelnemu, a wszystko potoczyło się z górki. 
Podświadomie wiedziała, że nie powinna mieć Sasoriemu za złe, tego, że pokazał ich znajomym przesłany przez nią filmik. To była najnormalniejsza reakcja ze strony przyjaciela, który chciał pokazać reszcie jak sobie radziła. Miała jednak pełne prawo być wściekła na blondynkę, która wymusiła na nim przekazania jej prywatnych zdjęcia i filmików, a potem wykorzystała je by rozpromować magazyn. Nie licząc się ze zdaniem Sakury. Wisienką na torcie był oczywiście Ukryty Ninja, który nie mógł odpuścić sobie takiej okazji i musiał namieszać wtrącajc swoje trzy grosze.
Podsumowując: została zdemaskowana.
Nie miała nawet ochoty na czytanie ich pseudo artykułów. Pół roku przerwy od treści zamieszczanych przez tego szmatławca, miało na nią niemal zbawienny wpływ i obecnie nie zamierzała przejmować się tym co o niej pisali. Wiedziała kim jest, znała swoją wartość i miała w głębokim poważaniu komentarze tych idiotów.
— To wszystko? — Nie wiedziała już co powinna zrobić, jak zareagować. Czuła się zdradzona, przybita, wystawiona. Chciałaby, żeby to wszystko okazało się tylko złym snem.
Sasori dłonią potarł kark. Nie był to dobry znak. 
— Powiedzmy, że oświadczenia jakie spodziewałaś się, że wyjdzie od Sasuke, nigdy nie ujrzało światła dziennego. 
Sakura rozdziawiła szeroko usta, spoglądając na przyjaciela z niedowierzaniem. 
— Żartujesz sobie? — Nerwowy pół-śmiech wydobył się z jej zaciśniętego gardła. Cała ta sytuacja wydawała jej się komiczna. 
Odpowiedź Sasoriego została przerwana przez donośny dźwięk domofonu. 
— Pizza! — Poderwał się z miejsca i czym prędzej pognał do drzwi. 
Nie mieściło jej się w głowie, jak to możliwe, że rzecznik prasowy z firmy Uchiha nie wydał, żadnego oświadczenia. Nie sądziła, że opublikowanie kilku, banalnie prostych zdań, nawet na łamach Internetu, będzie przekraczać ich kompetencje. Wystarczyło napisać coś w stylu: Informujemy, że związek Sasuke Uchiha z panną Sakurą został zakończony. Żadna ze stron nie będzie udzielać wywiadów na temat tego zajścia. Para rozeszła się w przyjaznej atmosferze.
Nie zamierzała szczędzić sobie ostrych słów, gdy tylko Sasori wróci z jedzeniem. Da upust swojej wściekłości, bo jeśli tego nie zrobi wybuchnie. Normalnie, każdego, kto wywinąłby jej taki numer, wywaliłaby za drzwi i to na zbity pysk. Problem jednak polegał na tym, że to był Sasori - jej Sasori. 
W nerwach chwyciła za pilota od telewizora i zaczęła skakać po kanałach w poszukiwaniu czegoś, co sprostałoby jej dzisiejszym wymaganiom. Horror. Chciałaby móc obejrzeć głupi horror. Krew rozbryzgująca się na ekranie telewizora i latające po nim ludzkie wnętrzności skutecznie odwróciłyby jej uwagę od problemów, a przy okazji przyprawiłyby ją również o bezsenność, a akurat tego nie chciała. Wybór komedii romantycznej także nie wchodził w grę. Szczęśliwe zakończenie przypominało jej w jaki beznadziejnej sytuacji sama się znalazła i przypłaciłaby to wylaniem, co najmniej, wiadra łez. W końcu była tylko kobietą. Z coraz większą natarczywością naciskała przycisk do zmiany programów, poszukując filmu akcji dla ludzi o mocnych nerwach. Potrzebowała obejrzeć coś, co wymagałoby od niej uwagi i jednocześnie dostarczyło dreszczyku emocji. Ale jak na złość nic takiego nie leciało o tej porze, co tylko pogorszyło jej obecne samopoczucie. Denerwowało ją to wszystko. Po raz kolejny zmieniła kanał natrafiając na dokument przyrodniczy, w którym lew polował na łanie. Z rezygnacją odrzuciła pilot na bok. Chwilowo musiało jej to wystarczyć. 
— Skończysz jak ta łania, Sasori. Gwarantuje ci to! — powiedziała donośnym głosem, kiedy tylko usłyszała jak drzwi od jej mieszkania się zamykają. Sasoriego nie było dłużej niż się spodziewała, jednak nie przejmowała się tym. Sasori w starciu z jej gniewem, potrafił być prawdziwym tchórzem. — Będziesz miał szczęście, jeśli po tym wszystkim nadal będę z tobą rozmawiać! Jak mogłeś mi to zrobić do cholery?! I nawet nie pisnąłeś słówkiem! Podobno jesteśmy przyjaciółmi, a ty nawet nie raczyłeś mnie ostrzec! Cholera jak zwykle coś musi się spierdolić i w dodatku dowiaduję się o tym ostatnia! — lamentowała, przelewając swój gniew na przyjaciela. Sasori jeszcze nigdy tak bardzo jej nie wkurzył, ale gorszy był fakt, że poczuła się przez niego zraniona. W pewnym stopniu się na nim zawiodła, ale nadal pozostawał jej przyjacielem. I to najbardziej ją irytowało. — Rusz tutaj swój tyłek z tą pizzą, póki jeszcze jestem dobra! — odwróciła się nagle w stronę wyłaniającego się przyjaciela. Przygotowała się na dalszą tyradę i obrzucanie go przeróżnymi wyzwiskami, ale słowa uwięzły jej w gardle, a z twarzy odpłynęła cała krew. 
Istniały trzy możliwości:
1) miała zwidy;
2) podczas podróży złapała jakiegoś tropikalnego wirusa z opóźnionym działaniem;
3) to wszystko jej się śniło i za chwilę obudzi się we własnym łóżku, ze świadomością, że był to najgorszy koszmar w jej życiu. 
Nie dopuszczała do siebie żadnej innej opcji. Nie było możliwości, żeby Sasuke Uchiha pojawił się w jej mieszkaniu, bez żadnej zapowiedzi, w dodatku trzymając w rękach kartonowe pudełko z parującą, ciepłą pizzą. Nie, nie było takiej opcji, pozostało jej wybrać jedną z trzech możliwości, które rozważała wcześniej.
A może właśnie wyśniła swój horror z nim w roli głównej. Może lada moment rzuci jej się do gardła z wielkimi szponami i cieknącą z gęby śliną? Może… 
Sasuke wyminął sofę, na której siedziała nerwowo nasuwając z powrotem na siebie koc, po czym położył pudełko z pizzą na stoliku i zajął miejsce obok niej.
Sakura ani drgnęła, nie pojmując co się właśnie dzieje. Przez dłuższą chwilę sądziła, że naprawdę jest z nią coś nie tak.  Obecność Sasuke w jej mieszkaniu, siedzącego kilka centymetrów od niej była czymś niedorzecznym. 
— Długo zamierzasz się tak gapić?
Przełknęła nerwowo ślinę, doskonale pamiętając tą nieprzyjemną tonację, którą niejednokrotnie już słyszała. Jednak rzadko była skierowana bezpośrednio do niej. 
— Co ty tu do cholery robisz? — wydukała próbując zabrzmieć chociaż trochę ostro. Lecz wiedziała, że jej szeroko rozszerzone zielone oczy, ją zdradzały. Jej umysł nadal nie ogarnął tego, co się tutaj dzieje.
— Ponoć byłaś bardzo głodna — powiedział rozpinając dwa guziki swojej czarnej marynarki, rozsiadając się wygodniej na jej starej kanapie. 
— Zadałam ci pytanie! — Nie wiedziała od kiedy stała się tak obcesowa w rozmowie z nim. Zazwyczaj była posłuszna, mało się odzywała i robiła to, czego od niej oczekiwał i co było w kontrakcie. Ale już nie byli powiązani żadnym papierkiem. Nie musiała udawać kogoś, kim nie była, co również nie umknęło uwadze Sasuke. 
— Poluzował ci się język przez te pół roku — sarknął niespodziewanie. 
Sakura nie wierzyła własnym uszom. Rozchyliła usta, kompletnie nie potrafiąc znaleźć odpowiednich słów na taką bezczelną i bezpośrednią uwagę. 
— Byłeś moim szefem do cholery! — wyrzuciła z siebie wreszcie. — Co nadal nie tłumaczy dlaczego tu jesteś. I gdzie do diaska jest Sasori? — zapytała nerwowo rozglądając się po mieszkaniu. Jednak rudzielec nie znajdował się nigdzie w zasięgu jej wzroku, a jego kurtka zniknęła w tajemniczych okolicznościach. 
— Przypomniał sobie, że musi gdzieś być — odpowiedział niespecjalnie przejęty jego nieobecnością.
Zdrajca! pomyślała z niedowierzeniem. Sasori właśnie nagrabił sobie jeszcze bardziej. Zwiał w momencie w którym szykowała mu grubą reprymendę. Ale co się odwlecze to nie uciecze. Jeśli dzisiaj nie da mu popalić, to jutro już napewno mu nie popuści. Co więcej może jeszcze zarzucić mu o wiele cięższe zarzuty - ponownie jej nie ostrzegł przed niezapowiedzianą wizytą Sasuke, w dodatku zostawił ich samych. Dzisiejszy dzień, a raczej wieczór przechodził jej wszelkie wyobrażenia. 
— To nadal nie tłumaczy co tu robisz — powtórzyła się, obserwując go ostrożnym wzrokiem. 
Rozmyślała zaciekle nad powodem jego wizyty, jednak jedyne co jej przychodziło do głowy to złamanie kontraktu. Czyżby Sasuke dowiedział się, że Sasori już wcześniej był świadomy ich prawdziwych relacji? Co jak co, ale w wieczór, w którym złożyła mu wypowiedzenie skłamała mu w żywe oczy, twierdząc, że żaden z jej znajomych nic nie wie. 
Sasori wiedział o wszystkim od bardzo, bardzo dawna. Ale z technicznego punktu widzenia on nie był jej znajomym, był kimś więcej, więc teoretycznie tylko troszkę nagięła fakty.
Sasuke nie przejmując się jej nagonką wyciągnął dłoń po pudełko skrywające ciepłą, dużą pizzę i podał ją jej.
— Najpierw coś zjedz — powiedział jakby od niechcenia. — Może humor Ci się wtedy poprawi i będziemy mogli normalnie porozmawiać.
Nieufnie sięgnęła w stronę kartonowego opakowania. Sasuke nie znosił czekać na cokolwiek. Otwierając wieko obserwowała go kątem oka, zastanawiając się dlaczego postanowił odwlec ich rozmowę o kilka minut. Na pewno nie było to spowodowane ssaniem, które odezwało się w jej żołądku w odpowiedzi na zapach świeżutkiej pizzy rozchodzący się po mieszkaniu. Była taka, jaką sobie wymarzyła, z kurczakiem w panierce tandori, pieczarkami, cebulką, kukurydzą i najważniejsze - podwójnym serem. Zanim ślinka pociekła po jej brodzie z lubością wgryzła się w delikatne, drożdżowe cisto i od razu poczuła się jak w niebie. Boże, jak ja za tym tęskniłam przez te sześć miesięcy, pomyślała przełykając pierwszy kęs. 
Ukradkiem jeszcze raz zerknęła w stronę skupionego na telewizji Sasuke.  Wydawał się być całkowicie pochłonięty przez program przyrodniczy, jaki włączyła, albo tylko udawał, żeby mieć pretekst by na nią nie patrzeć. Akurat u niego każda z opcji wydawała się być trafna. Przełykając kolejny kawałek pizzy, uderzyła go łokciem, trafiając idealnie między żebra. 
Czarne jak noc tęczówki zwróciły się ku niej z nieskrywaną złością. Sakura jednak się tym nie przejęła i uśmiechnęła się do niego subtelnie.
— Jedz — powiedziała przybierając rozkazujący ton głosu i przysuwając pudełko bliżej niego. 
— Nie chcę.
Sakura spojrzała na niego spode łba.
— Gardzisz moją gościnnością — zaakcentowała urywając sobie kolejny kawałek pizzy.
Sasuke przewrócił oczami, słysząc jej komentarz.
— Po prostu nie jadam tych śmieci — kontrargumentował lakonicznie, trafiając w czuły punkt dziennikarki.
— O przepraszam, że nie mogę ci zaproponować posiłku z restauracji, która otrzymała kilka gwiazdek Michellina, ale nie mam już w zwyczaju jadać w takich miejscach, po za tym nie każdego na to stać — rzuciła złośliwie, jakby właśnie rozmawiała z Sasorim. — Po za tym, mógłbyś być milszy. Nie dość, że wszedłeś sobie do mojego mieszkania niczym pan, nie wiem nawet czemu; traktujesz mnie jak dziecko zmuszając do jedzenia, to jeszcze śmiesz gardzić moja ulubioną pizzą? Powinieneś się wstydzić — powiedziała z ogromną satysfakcją, mierząc go twardym spojrzeniem. — Nie wspominając już o nieściągniętych butach, mam ci wysłać rachunek za czyszczenie dywanu na adres firmowy czy wolisz do domu? — dorzuciła naśladując jego nonszalancką postawę.
Nie wiedziała, co dokładnie w nią dzisiaj wstąpiło, ale najwyraźniej miała dzień prawienia kazań płci przeciwnej. Widziała zaskoczenie wymalowane na jego twarzy, wraz z kilkoma niewypowiedzianymi pytaniami. Wreszcie po krótkiej chwili konsternacji, Sasuke wyciągnął dłoń po mniejszy kawałek pizzy i bez uraczenia jej choć słowem, zaczął ją jeść. Była dumna z siebie i swoich możliwości perswazji. Wcześniej wydawało jej się, że zmuszenie Sasuke Uchiha do czegokolwiek było czymś niemożliwym do osiągnięcia; a tu proszę taka niespodzianka. 
— Powiesz mi wreszcie jakim cudem się tu znalazłeś? — spytała po przełknięciu ostatniego kęsa trzeciego pochłoniętego w trymiga kawałka pizzy. Nie czekając na odpowiedź z jego strony wstała z sofy i skierowała się do aneksu kuchennego. Starając się ignorować fakt, że paraduje właśnie przed nim w starej, za dużej flanelowej koszuli, krótkich spodenkach, wełnianych skarpetkach, które ślizgały się po podłodze i gniazdem na głowie; zaczęła szperać w lodówce w poszukiwaniu czegoś do picia. 
Wyglądała komicznie. 
— Nie mówiłaś, że zamierzasz wyjechać.
Rzuciła mu pytające spojrzenie przez ramię.
— Nie przypominam sobie byś pytał o moje plany na przyszłość — zauważyła, powracając do szperania w lodówce w której i tak nie było zbyt dużego wyboru. Sasori uzupełnił jej zawartość jedynie o jedną butelkę wody, kilka puszek Coca-Coli i dwie butelki jej ulubionego taniego wina.
— Zresztą, nie wydaje mi się by to miało jakiekolwiek znaczenie. 
Zostawiając wino na później, wyciągnęła dwie puszki Coli i wróciła na kanapę, na której ponownie zasiadła po turecku; tym razem twarzą do Sasuke.
Podała mu napój gazowany, który od niechcenia wziął, by następnie odstawić go na stolik. Sakura w tym czasie otworzyła swoją puszkę z cichym psssstryk. Po upiciu kilku małych łyków, usadowiła puszkę pomiędzy nogami i chwyciła za kolejny kawałek pizzy, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z Sasuke. 
— Więc? — zapytała nie chcąc dłużej czekać na zaspokojenie ciekawości. W dodatku nie musiała już grać kogoś kim nie była - nie pracowała już dla niego. A jako, że to był jej dom, mogła mówić co jej się żywnie podobało.
Sasuke wziął głębszy wdech. — Potrzebuję, żebyś coś dla mnie zrobiła.
Nie kryjąc zdziwienia słowami byłego szefa, uniosła pytająco brwi. Nigdy nawet nie przypuszczała, że ktoś taki jak Sasuke poprosi kogoś przysługę, a już na pewno nie ją. W końcu była nikim. Zresztą, nie spodziewała się, że po ich ostatnim pożegnaniu jeszcze kiedyś się spotkają. Była przekonana, że po raz ostatni widziała go na żywo, gdy przejeżdżała taksówką pod jego domem. Przez osiemnaście miesięcy w ogóle się nią nie interesował. Od samego początku ich „znajomości” nie obchodziło go kim rzeczywiście była, gdzie pracowała, co lubiła, jak mieszkała. Ich relacje ograniczały się do kwestii czysto “zawodowych”, o spoufalaniu się nie było mowy. Przez cały czas jaki z nim spędziła, nie wykazywał choćby krzty zainteresowania, a teraz ma czelność przychodzić do niej bez zapowiedzi, panoszyć się po jej mieszkaniu i to tuż po tym, jak ledwo wróciła z podróży swoich marzeń i jakby nigdy nic prosił ją o pomoc. Trzeba było mieć nie lada tupet, ale w końcu mowa o Sasuke Uchiha, zatem nic dodać nic ująć. 
— Ja? — spytała z pełnymi ustami, zapominając o dobrych manierach.
— Chcę żebyś mi gdzieś towarzyszyła.
Pizza jaką miała w ustach, utknęła niespodziewanie w jej gardle. Zaczęła nerwowo kaszleć, ręką próbując poklepać się po plecach, ale nie dosięgała. Niespełna kilka sekund później poczuła jak dłoń Sasuke zaczyna uderzać w jej plecy. 
— Dzięki — wychrypiała Sakura, tuż po tym jak przełknęła jedzenie. Widząc zmniejszoną odległość pomiędzy nimi, złapał za puszkę Coli i opróżniła ją do połowy.
— Nie łączy nas już żaden kontrakt — powiedziała wreszcie, kiedy tylko doszło do niej co przed chwilą powiedział Sasuke.
— Wiem o tym doskonale. Chcę tylko i wyłącznie byś wyświadczyła mi przysługę, nic więcej — odparł widząc jak ta wyczekująco się w niego wpatruje. 
Sasuke zawsze czegoś chciał, zawsze czegoś potrzebował, ale nigdy nie prosił. Nigdy jeszcze nie słyszała tego jednego, magicznego słowa padającego z jego ust. Butnie splotła ramiona pod swoimi piersiami, unosząc dumnie głowę. 
— A co ja z tego będę miała? — To pytanie zaskoczyło nawet ją samą, ale tego już nie dała po sobie poznać. Sasuke nie będzie czytał z niej, niczym z otwartej księgi; to było jej dożywotnie postanowienie i nie zamierzała go zmieniać nawet jeśli by jej grożono. 
Obserwowała jak Sasuke w minimalny sposób kręci głową, jakby w ogóle się tego nie spodziewał.
— Tak jak w kontra…
— Nie obrażaj mnie — warknęła zła. — Nie chcę więcej żadnych twoich pieniędzy. Nie pracuję już dla ciebie.
— To czego chcesz? — Nie często słyszała w jego głosie coś po za irytacją, ale tym razem wyraźnie pobrzmiewało w nim także zaintrygowanie i ostrożność. Zaskoczyła go, podobnie jak podczas ich ostatniego wspólnego wieczoru, kiedy poinformowała go o swojej oficjalnej pracy. Do tej pory pamiętała szok i niedowierzanie wymalowane na jego twarzy.
Sakura nie potrafiła mu teraz odpowiedzieć. Zadała to pytanie, tylko dlatego, że Sasuke nie raczył jej poprosić. Zażądał od niej przysługi, oczekując, że ona potulnie zgodzi się na to, czego chciał. Ale jej świat nie funkcjonował tak, jak jego i pora by Sasuke się o tym przekonał. Nauczy go mówić tylko kilka ważnych słów, które powinny być w słowniku każdego człowieka. Proszę. Dziękuję. Nie było to takie trudne.
— Przysługa za przysługę. — Skoro on czegoś żądał, to i jej należał się taki przywilej. Aczkolwiek, gdyby Sasuke poprosił grzecznie mogłaby odpowiedzieć, że się zastanowi nad jego propozycją i da mu odpowiedź następnego dnia, gdy odpocznie po podróży, z której właściwie dopiero co wróciła. 
Widząc jak Sasuke po krótkim namyśle skina głową, uśmiechnęła się pod nosem.
— Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia, a więc co to za przysługa? — spytała ponownie wyciągając dłoń po puszkę z Colę.
Tym razem Sasuke nie odpowiedział od razu. Podążając za jej przykładem, również chwycił za podany mu wcześniej napój, otworzył go i upił kilka łyków. Sakura miała wrażenie, ze robi to specjalnie aby przedłużyć moment jej niewiedzy. Ale ona była uparta i nie miała najmniejszej ochoty zgadzać się na coś w ciemno. Jednak wtedy, Sasuke wreszcie przemówił.
— Dowiesz się na obiedzie. Jutro dam ci znać gdzie i o której. 
Opuściła dłoń z puszką na kolano, wpatrując się w niego niczym ciele w malowane wrota. O nie, nie zamierzała pozwolić mu ze sobą pogrywać. 
— To już są dwie przysługi — oznajmiła zuchwale. Nie zamierzała spełniać każdej jego zachcianki, żeby coś od niej dostać będzie się musiał natrudzić, ot co. Z resztą Sasuke musiał mieć jakiś ważny powód, żeby zjawić się w jej mieszkaniu i to na krótko po jej powrocie, o którym nie miał prawa jeszcze wiedzieć. Nie była na tyle głupia, by nie zdawać sobie z tego sprawy. I pozna ten powód, tak samo jak dowie się dlaczego z firmy z Sasuke nie wydano żadnego oświadczenia informującego o zakończeniu ich związku. Ale jeszcze łudziła się, że zamiast wydawania oświadczenia, Sasuke zakończył ich fikcyjny związek w inny, ale równie skuteczny sposób – poprzez oficjalne, pokazanie się publicznie z inną kobiet. Tak to byłoby idealne wyjście. — Pierwsza to wspólny obiad. Druga to ta przysługa, o której powiesz mi jutro. 
— Będę ci dłużny w takim razie dwie przysługi — powiedział rozkładając bezradnie dłonie. 
Za łatwo poszło, powtarzała sobie w myślach, ale przysługa Sasuke w przyszłości może okazać się przydatna, nawet jeśli nie chciała mieć z nim więcej nic wspólnego.
Usadawiając puszkę na kocu pomiędzy swoimi nogami, splotła swoje dłonie za sobą jakby przechodziła właśnie do poważnych biznesowych negocjacji. 
— Dlaczego akurat ja? Bez wątpienia o przysługę mógłbyś poprosić swoją nową fałszywą dziewczynę, z którą się teraz prowadzasz — powiedziała z lekkim niedowierzaniem, ale całkowicie pewna swoich słów. Nie miała zamiaru z niego kpić, chciała jedynie dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodziło.
Brew Sasuke uniosła się mimowolnie. 
— Z nikim się nie prowadzam — odparł z przekąsem, ucinając wszystkie jej spekulacje.
Odpowiedź wcale nie przypadła Sakurze do gustu.
— Nie raczyłeś wydać żadnego głupiego oświadczenia?! Przez ciebie boję się teraz otworzyć głupią przeglądarkę w laptopie! A wnioskując po reakcji debila Sasoriego, zdecydowanie mam się czego obawiać. — Była w stu procentach pewna, że Suigetsu znalazł kogoś na jej miejsce. Nie wierzyła, że jego prawa ręka tak po prostu pozwoliłaby na ponowną falę skandali z Sasuke w roli głównej.
— Nie wiem, czy zwróciłaś na to uwagę, ale nie jestem osobą, która komentuje w prasie swoje życie prywatne. 
Sądziła, że po sześciu zbawiennych miesiącach będzie jej dane powrócić do spokojnego Londynu. Do miasta, które zapomniało o jej roli przy boku Uchihy, równie szybko jak topnieje śnieg. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że przedstawienie mogłoby trwać dalej bez głównego aktora. Była naiwna. Była niewyobrażalnie głupia.
Nie potrafiła dłużej wytrzymać. Podniosła się gwałtownie, przewracając puszkę z której wyciekła resztka gazowanego napoju i układając dłonie na biodrach posłała mu mordercze spojrzenie. Całe zmęczenie opuściło ją w przeciągu kilku sekund, wypierane przez gniew. Po tym co właśnie usłyszała zapomniała o efektach jet lagu, spotkaniu z zarządem i tym, że jeszcze chwilę temu jedyne o czym marzyła, to obejrzenie przyzwoitego horroru i sen. W obecnej sytuacji wątpiła, by tej nocy udało jej zmrużyć oko.
— A czy ty wziąłeś pod uwagę fakt, że jest ktoś oprócz ciebie? To dotyczyło także mnie! Kurwa! Nie chcę żeby spoglądano na mnie przez twój pryzmat. Myślałam, że się zrozumieliśmy! Że tamten rozdział jest już zamknięty dla nas obojga! A ty ze spokojem mówisz mi, że tak nie jest?! Wytłumacz mi do cholery jak to możliwe, że Suigetsu nie znalazł nikogo, kto mnie zastąpi, bo wprost nie mieści mi się to w głowie! Myślałam, że obaj jesteście inteligentni! — Potrzebowała dać upust emocjom, jakie zbierały się w niej od momentu, w którym zorientowała się, że coś jest nie tak. Nie potrafiąc dłużej na niego patrzeć, tupiąc głośno, ponownie skierowała się w stronę aneksu kuchennego, a następnie z rozmachem otworzyła drzwi lodówki. Tym razem jej dłoń od razu sięgnęła po wino. Odkręciła nakrętkę, przystawiła gwint do ust i wzięła dwa większe łyki alkoholu. — Jeśli to co zrobił Sasori w jakiś sposób łączy się z twoją bezczynnością, to nie wiem co wam obu zrobię! — powiedziała donośniej, wracając do zaśmieconego salonu. Miała gdzieś co Sasuke sądzi na temat jej pustych opakowaniach po fast foodach walających się po podłodze i otwartym stu litrowym plecaku, w którym nadal tkwiły cuchnące, zabłocone ubrania. 
— O.
— O? — fuknęła oburzona, biorąc kolejny łyk czerwonego wina.
— Jak mniemam, gdyby nie ja, nie byłoby cię stać na twoje podróże — stwierdził bez skrupułów.
Sakura nie kryła swego oburzenia jego słowami.
— Nie grasz fair — wytknęła go palcem. — Zapracowałam na nie. Nie okradłam cię. Robiłam, co mi kazałeś. Potulnie grałam w twoim teatrzyku, okłamując wszystkich twoich znajomych i współpracowników. Nie czujesz się z tym źle? — Ze zrozumieniem jego postępowania miała największy problem. Nie mieściło jej się w głowie, że można okłamywać kogoś takiego jak Naruto. Ona sama ledwie go znała, a za każdym razem gdy się z nim spotykała, odczuwała wyrzuty sumienia.  Nie sądziła, by kiedykolwiek była w stanie zataić coś przed Sasorim. Był jej prawdziwym przyjacielem, jedynym zresztą. Zawsze mogła na niego liczyć, bez względu na wszystko.
— Czuję się z tym wyśmienicie, dzięki, że pytasz.
Nie wiedziała czy mówi to z przekąsem, czy jest zupełnie szczery. Z nim człowiek nie mógł być niczego pewnym. Wzięła kolejny głębszy łyk swojego ulubionego wina, zwyczajnie próbując się uspokoić, bo niewiele dzieliło ją od wybuchu i wyrzucenia go siłą z mieszkania. 
Sasuke jednak nie miał zamiaru dłużej dotrzymywać jej towarzystwa. Wstał z kanapy biorąc kolejny kawałek pizzy i zaczął kierować się w stronę drzwi wyjściowych. 
— Jutro skontaktuję się z tobą i powiem gdzie masz się stawić i o której — oznajmił jej spokojnym barytonem, przerzucając przez rękę zimowy płaszcz i wyszedł. 
Tak po prostu, bez jakiegokolwiek słowa pożegnania.
Z głośnym hukiem postawiła butelkę z winem na otwartym pudełku po pizzy i czym prędzej zaczęła dzwonić do Sasoriego.
— Wytłumaczę! — Pośpieszny głos przyjaciela wydobył się z komórki.
— No ja myślę! — wycedziła, palcem stukając po drewnianym blacie. — Może zacznijmy od tego, jakim cudem rozpłynąłeś się w powietrzu i nagle w moim mieszkaniu pojawił się on? — spytała, próbując trzymać swoje emocje na uwięzi. Nie będzie krzyczeć dopóki nie pozna prawdy.
— Zszedłem po pizzę, stał na dole z dostawcą. Zapłacił za nią i powiedział, że potrzebuje z tobą porozmawiać na osobności. Krótko mówiąc kazał mi spieprzać.
Sakura nie wierzyła własnym uszom.
— A ty grzecznie i bez żadnych protestów się zgodziłeś od tak? — spytała poruszona. 
— Wywnioskowałem, że tak będzie lepiej. 
Parsknęła do słuchawki.
— Dla ciebie, tchórzu. 
Wydawało jej się, że Sasori uśmiechnął się na jej słowa. 
— To co ci powiedział? Przypadł mu do gustu twój strój femme fatal? — Gdyby Sasori nadal był w jej mieszkaniu, dokładnie w tej chwili dostałby w zęby. Jednak mimo wszystko nie potrafiła powstrzymać się od zerknięcia na swój ubiór.
Lepsze to niż za duże dresy, pomyślała. 
— Nic ci nie powiem. Zdychaj z ciekawości, zdrajco. — Zamierzając potrzymać go trochę w niepewności rozłączyła się bez pożegnania. 
Nie tak miał się zakończyć ten wieczór. Miała się śmiać i objadać, oglądając z Sasorim jakiś głupi film w telewizji, a obecnie była niewyobrażalnie wściekła. Musiała coś wymyślić, żeby się odprężyć, bo jeśli tego teraz nie zrobi, nie będzie mogła jutro za siebie ręczyć. Za napaść, nieważne czy słowną czy fizyczną, mogliby ją wylać z pracy i  zamknąć na komisariacie na przynajmniej czterdzieści osiem godzin. Z westchnieniem chwyciła butelkę ze stolika i ciężkim krokiem skierowała się w stronę łazienki. Długa, gorąca kąpiel i parę łyków wina powinno jej pomóc odzyskać spokój.  
Przynajmniej taką miała nadzieję. 

Od Autorki:
Walczyła przez kilka ostatnich dni z jak najszybszym ukończeniem 5'tki, żeby był już gotowy i dopięty na ostatni guzik na następny tydzień. Los jednak lubi płatać figle. A więc, będziecie musieli troszeczkę dłużej poczekać na następny rozdział, a ja postaram się go ogarnąć do świąt. 
Póki co muszę pozbierać siebie, swoje życie i swoje serce do kupy. I szukać mieszkania, albo lokatorka.
#loveisdead
Szablon wykonała Sasame Ka